Bezdomne wampiry

Szlurp i Burp to postacie, które znać (czyt. pamiętać) będą zwłaszcza starsi czytelnicy. Wymyślony przez legendarnego Tadeusza Baranowskiego duet wampirów – nieudaczników pojawił się na chwilę na łamach belgijskiego magazynu komiksowego „Tintin” w 1985 roku, a powrócił dopiero ćwierć wieku później, w roku 2009. W wydanych właśnie „Bezdomnych wampirach” zebrano wszystkie te opowieści, stare i nowe.*

Wystarczy jeden rzut oka na Szlurpa i Burpa, by zauważyć, że bohaterowie wpadają w ten sam schemat fizycznej dysproporcji, co Flip i Flap czy tytułowe bliźniaki z filmu z Arnoldem Schwarzeneggerem i Dannym DeVito. Jeden jest wysoki i chuderlawy, drugi zaś niski i pulchniutki. Jeśli ów specyficzny wygląd połączyć z nawiązującymi do odgłosów trawiennych imionami, obraz jest dość jednoznaczny – Szlurp i Burp to urocze niedojdy. Na pierwszej stronie pierwszego opowiadania autor usiłuje nas wprawdzie zmylić, ale choć wyczekujący swej ofiary bohaterowie wyglądają jak rasowe zakapiory, my przeczuwamy już, co może ich czekać na stronie kolejnej.



„Bezdomne wampiry” to zbiór ośmiu opowieści – czterech starych i czterech nowych. Przepaść między nimi, choć może powinienem napisać – różnice, jest dość głęboka. Te pierwsze odcinki mają dość mięsistą, detaliczną kreskę, a ich fabuła zasadza się na prostych, humorystycznych sytuacjach i banalnych puentach. Z perspektywy czasu jest to urokliwa, przywołująca peerelowskie standardy ramotka, ale warto zauważyć, że jest tu także arcydzielna parodia Thorgala, w której Baranowski z niesamowitą precyzją imituje, jakże inny od swojego, styl Grzegorza Rosińskiego.

Nowsze epizody pozbawione są już zarówno tej dezynwoltury, jak i charakterystycznej estetyki. Pomimo krótkiej formy, są zdecydowanie bardziej rozlazłe, a sam autor niespodziewanie ucieka w nich w stronę socjo-politycznych komentarzy czy medialnej krytyki. Czy naszym niedojdom naprawdę jest to do szczęścia potrzebne? Pierwsze epizody dowodzą, że to w slapsticku Szlurp i Burp czują się najlepiej.

Czego by jednak nie pisać, „Bezdomne wampiry” to przyjemny powrót do przeszłości, dzięki któremu, używając poetyki komiksu, zatopić możemy zęby w tych nieco mniej znanych, a jednak równie spektakularnych, co kultowi Kudłaczek i Bąbelek, postaciach Baranowskiego. Co istotne o tyle, że autor kończy właśnie komiksową karierę.

Na koniec warto dodać, że album zdobi seria znakomitych, hołdujących autorowi grafik rysowników młodego pokolenia, m.in. Tomka Leśniaka, Jakuba Rebelki, Śledzia, Karola Kalinowskiego czy Jacka Frąsia.


* - , nie licząc osobnej serii „O zmroku” z 1985, której reedycja ukazała się w Polsce 6-7 lat temu.
Trwa ładowanie komentarzy...